sobota, 6 października 2007

Przeniebieszczenie


Nie wierz nigdy nie
W tych co ciągle udają
I ciągle uśmiechają się...
Nie wierz nigdy nie
W to niebo które
Zawsze niebieskie jest...

Myslovitz - Nienawiść

wtorek, 11 września 2007

O trudnych początkach

Typowo nic się nie dzieje. Zaskakującym jest to jak często mógłbym zaczynać dowoloną wypowiedź od tego stwierdzenia. Sam do końca nie jestem przekonany czy to za sprawą faktycznego stanu rzeczy czy też po prostu rzecz przyzwyczajenia. Przecież równie dobrze mógłbym napisać że dzieje się bardzo wiele. Minęło już dziesięć dni od kąd wróciłem z Irlandii z powrotem w polskie realia, dziś dla odmiany z K. nie wypiłem zwykłej herbaty, lecz taką o smaku mniej herbacianym, że tonę w łódzkim deszczu mógłbym napisać. Mógłbym napisać że tak naprawdę bardzo wiele się dzieje i dobrze to uzasadnić. Sądzę że dałbym radę obronić tak postawioną tezę. Dlaczego więc taki początek? Skąd bierze się to, że muszę zacząć tak zdanie aby się rozpisać, aby w ogóle rozpocząć?

A może wcalę nie muszę.. może dziś zacznę inaczej ... Minęło kolejnych kilka godzin czasu tej naszej już prawie jeszcze nie jesieni.. Dzieje się bardzo dużo! Posplatane kłęby minionych dziwnych dni zostały już dawno porwane przez wschodnie wiatry. Przypomniałem sobie jak to jest jeździć zaparowanym tramwajem w dzień ociekający deszczem po szybach. Gdy jest tak parno i duszno, przypomniałem sobie również takie śmieszne marzenia, małe niedorzeczne niespełnialne marzenia jak to, kiedy zza szyby autobusu patrzę na tonące w szarej mglistej dżdży (bo to moje ulubione słowo jest:) budynki, place, chodniki i te śmieszne zgarbione płaszcze podróżujące przez miasto na skulonych ludziach i tak z całych sił sobie wyobrażam że ten deszcz spłukuje z nich tą szarość i zimno, wszystko nabiera barw, ludzie zarażają innych tęczą, tak samo budynki i chmury nad samochodami.. Z domów i innych kryjówek wychodzą i łapią swoich właścicieli cienie, które są bardzo mądre i w deszcz nie chodzą z nikim po kałużach, wolą zostać w ciepłym kącie i pobujać się w rytm płonącego kominka. Taki deszcz co ożywia nawet nieożywione mi się marzy. I znów... przejechałem przystanek za daleko... drzwi się otwierają, moje myśli wysiadają przede mną i niezauważone przez nikogo znikają w tłumie...

A może by jednak zacząć zupełnie inaczej? subtelny bas wypełnia moje dwie słuchawki. O tej porze muzyka dla mnie istenieje tylko w nich. Volume 3% bo tak właśnie lubię, bo inaczej nie byłoby subtelnie.. a w środku dźwięki saksofonu wymieszane z bitami i elektroniką, jednym słowem Skalpel. Bo to dobry zespół jest. Z resztą niby czemu mam się tłumaczyć? Gdyby nawet zamiast tego, dobiegały moich uszu dźwięki tybetańskiego disko, a podobałoby mi się to, grało by cały czas, z tym że wtedy subtelność basu byłaby raczej abstrakcją:).

Przed sobą mam nową książkę o U2, bardzo ciekawą książkę dodam. Mnóstwo ciekawych rzeczy w niej jest. m.in. można zobaczyć zdjęcie klasowe ze szkoły do której chodzili Bono i Edge, którzy naturalnie również na nim są. Wtedy jeszcze nie było zespołu, wtedy jeszcze nie potrafili grać, jeszcze się nawet nie znali... Edge stojący w śmiesznym garniturze napewno nie spodziewał się, że zostanie jednym z bardziej znanych gitarzystów świata, że wypracuje swój niepowtarzalny styl, że jego muzyka będzie sprawiać że jedyne czego chcesz to patrzeć w niebo. Nie domyśla się, że w wieku czterdziestu lat wypadną mu wszystkie włosy z jego bujnej czupryny i od tej pory będzie chodził w czapce nawet latem. Bono siedzący na dole ze skrzyżowanymi nogami nie wie o tym że za kilkanaście lat będą go słuchać miliony ludzi na całym świecie, że setki tysięcy biletów na jego koncert mimo wysokiej ceny będą znikać w dwa dni, nie spodziewa się 150 milionów dolarów które będzie miał na koncie, nie spodziewa się że niepozorna nieznajoma dziewczyna która siedzi również ze skryżowanymi nogami obok niego po prawej stronie, nazwie ich czwarte dziecko John Abraham. Tak samo Neil McCormick stojący w drugim rzędzie po prawej stronie nie spodziewa się, że za 30 lat napisze tą książkę i sprawi że ja teraz piszę to... Mnogość przypadków i małych zdarzeń która do tego wszystkiego doprowadziła mnie przeraża. Świat tak przesycony przypadkiem jest zupełnie nieprzewidywalny... Wyjmuję swoje zdjęcie szkolne i tak sobie myślę.. czego ja się nie spodziewam....?

A może jutro zacząć jeszcze inaczej...?

niedziela, 15 kwietnia 2007

Google is your friend

Ciekawą rzecz się właśnie dowiedziałem. Mianowicie w statystykach odwiedzin tej strony jest taka sprytna rubryka pt. wejścia z wyszukiwarek internetowych i hasła jakie ludzie wpisywali żeby tu trafić. Zostałem porażony wynikami :D Do dzisiaj nie wiedziałem że na moim blogu jest Kasia Cichopek i to w rajstopach!, gdzieś się musiała zbunkrować porządnie i chwalmy Pana że tak zrobiła :] bo to widok niespecjalny, choć jak mówią pustota to i w nocy świeci :] Wszystkich następnych zawiedzionych którzy tu trafią – serdecznie przepraszam ale nie obiecuję poprawy :]


Na skos, na wspak, do przodu



A bo szybciej, a bo z lewej, a bo z prawej, a żeby spalić litr benzyny katując silnik po to by wyprzedzić jeden samochód, który i tak zatrzyma się tuż obok na najbliższych światłach, a żeby po krawężniku, a przez trawnik, po chodniku, a żeby wepchnąć się w markecie w kolejce, rzucić się krwiożerczo na wolne miejsce w tramwaju, z zaciśniętymi zębami krzyknąć "ja byłam przed tą panią w kolejce do pani doktór!!!", stojąc w kolejce deptać po piętach osobie przed nami - bo szybciej będzie!, pakować się w drzwi autobusu zanim ludzie wysiądą - żeby już w nim być! ciągłe podjeżdżanie na skrzyżowaniach przy czerwonym świetle - po pół metra, bo bliżej, bo lepiej. Codzienne małe zwycięstwa polepszające własne ego. Zawistny szczękościsk, nadwyrężone pięści i obtarte łokcie. Zgrzyt, prychanie, złość. Mistrzostwa codziennych centymetrów, paraolimpiady bezmyślności, nieustanne laborki z dowartościowania. Miejska paranoja małych spraw.

Dziwnie się dzieje w naszym wielkim zoo, ale czy to kiedyś będzie normalnie? Siejąc defetyzm odpowiem na to pytanie jak odpowiedział Dalai Lama na pytanie co sądzi o chińskiej kampanii reklamującej Chiny jako demokratyczny kraj przed olimpiadą w Pekinie: „buahahaha”.

Z drugiej strony jest dobrze. Jedząc w sobotę przed północą w ciemnym parku niewidoczne w tych warunkach sajgonki o smaku zmieszanej pleśni z psią budą i kupą też psią byliśmy pełni obaw o ujrzenie dnia następnego oraz kolejnych po nich następujących, a jednak. Możliwości trawienne ludzkiego organizmu potrafią zaskoczyć.

piątek, 6 kwietnia 2007

Wesołego!

Z wiadomej okazji życzę wszystkim najlepszego!
Życzymy ja i Kurczak:


Z kurczakiem tym wiele mnie łączy, m.in. mamy taki sam wyraz twarzy :) Dzięki Kaś za tego żółtodzioba, poprawia nastrój zawodowo :)

Na koniec mały apel, bądźmy tradycyjni i wszelkim kaczorom na codzień i od święta (nawet wielkanocnego) mówmy nie! :)

środa, 4 kwietnia 2007

Socjo-dywagacje

Wczoraj, a właściwie już przedwczoraj przypadała, jak wiadomo druga rocznica śmierci papieża. Dziwna sprawa dosyć. W związku z tą rocznicą jakaś gazeta (nie pamiętam) przeprowadziła sondaż społeczny na temat właśnie Jana Pawła II dosyć szeroko obejmujący tematykę jego osoby. Obraz naszego społeczeństwa wynikający z tych badań, nawet nie będąc socjologiem można jasno odczytać jako mało zaskakujący - tzn. dość jednoznacznie wskazujący na naszą głupotę.

Okazuje się, że 2/3 Polaków nie potrafi dobrze wskazać stanowiska papieża w najważniejszych sprawach o których mówił i które dotyczą naszego codziennego życia. Mało tego, ludzie generalnie nie wiedzą o czym mówił - ważne że był.

Kolejna rzecz - większość Polaków nie przeczytała ani jednej książki, wiersza, listu czy jakiejkolwiek publikacji napisanej przez Karola Wojtyłę, nawet nie wsłuchiwała się w jego kazania, ale uznaje się za bogobojnych katolików, rozpaczających i zalewających się łzami w związku z jego śmiercią lub też zawzięcie "wspominających". ale przecież nasze życie pełne jest obłudy, więc co tam!

Smutne jest przede wszstkim to, że Polacy nie wierzą w Boga, a w swojego papieża. Nie zwraca się uwagi na treść, tylko na formę. Nie wiemy o czym mówił podczas mszy w Wadowicach, wiemy że tam chodził na kremówki, nie wiemy co mówił z okna w Rzymie, wiemy że "pobłogosławił pielgrzymów z Polski w ich ojczystym języku", nie wiemy co chciał ludziom przekazać, ale wiemy że był uśmiechnięty, otwarty i lubiły go białe gołębie i małe dzieci. Lecz nawet gdy wiemy czego od nas oczekiwał to spokojnie robimy dokładnie na odwrót nadal patrząc na niego jak w obrazek. Mówimy o nim "wielki, nasz, wspaniały", a na pytanie "dlaczego właśnie taki?" odpowiadamy "bo był wielkim Polakiem". Nic nie rozumiemy. Coraz wyraźniej staje się on takim naszym narodowym bohaterem. W zasadzie można by go postawić w szeregu z Małyszem - też do niego jeździmy z flagami i go podziwiamy. Ktoś kiedyś trafnie skomentował "Polacy to naród niewierzący, ale praktykujący". Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, mówię tylko o pewnej panującej tendencji, której wielu ulega.

Kolejną żałosną nowinę przynosi nam następne pytanie z sondażu, w którym okazuje się, że 3/4 Polaków chce ustanowienia święta narodowego w dniu śmierci papieża. Abstrakując od polskiej tradycji świętowania klęsk, porażek i upadków, do których doszła by jeszcze śmierć, ciekawe jak by się to święto nazywało? "śmierciowe"? Już słyszę te reklamy w radiu "Telewizor Samsung za tysiąc pińcet!!! już w papieżowy weekend początek wielkiej promocji Euro RTV AGD", albo "Na wiosenną majówkę-papieżówkę tania kiełbasa grillowa!! Dużo tanio Tesco."

Pisząc to, w radiu leci tendencyjny program Janka Pospieszalskiego, w którym rozmawia właśnie na temat papieża z LUDŹMI - tzn. ze swoimi ziomkami-znajomkami czyli prezentującymi jego poglądy potakiwaczami. Jak tu nie odnieść wrażenia, że żyjemy w głupim kraju, albo wypełnionym głupimi ludźmi?

czwartek, 22 marca 2007

"Wiosna już dorosła naboje ma w kieszeniach"

Psychologowie na podstawie badań orzekli, że topienie marzanny w pierwszy dzień wiosny wpływa destrukcyjnie na umysł dziecka. Gdyż takie oto dziecko patrząc na to, że aby pozbyć się zimy należy ją przypalić i wrzucić do rzeki może sobie pomyśleć, że skoro pani od polskiego jest równie zimną suką jak pani zima to czemu by jej nie przyjarać, wrzucić do stawu, a po niej przyjdzie miła pani wiosna. Szczerze mówiąc nie zdziwiłbym się biorąc pod uwagę doniesienia z Włoch, gdzie podobno coraz bardziej popularny staje się profilaktyczny wpierdol dla zbyt wymagających nauczycieli.

Z autopsji jednak wiem, że palenie marzanny może wpłynąć conajmniej niekorzystnie na umysł. Do dziś pamiętam nerwice w jakie wpędzał mnie ten obyczaj w podstawówce. Jako zaawansowany piroman-sadysta było dla mnie nie do pomyślenia, że bezmyślne w tej kwestii ciało pedagogiczne dawało ciała. Wrzucali ledwo co rozpalone ciało marzanny do wody, gasło nieuchronnie w zetknięciu z jej powierzchnią. Co roku było to samo: ledwo podpalona i już wrzucona. Nigdy nie mogłem zobaczyć jak marzanna dostojnie płonie w całej okazałości i dopiero wtedy jest topiona. Trauma do dziś.

Wyjątkowo w tym roku wiosna niesie ze sobą także dobre nowiny. Niedawniej jak wczoraj znalazłem artykuł o tym, że serial "m jak miłość" do którego oglądania lub słuchania jestem zmuszany niczym bierny palacz do wciągania dymu, skończy się! Niestety nie na skutek nagłej śmierci Kasi Cichopek, lecz z powodu tego że powstanie nowa produkcja. Najprawdopodobniej koniec serialu będzie miał miejsce na początku przyszłego roku. Zapewnie nie oznacza to pojawienia się czegoś CIEKAWEGO w ramówce, gdyż jak wiadomo infantylizm i przewidywalność są niezwykle kasowe.

By dopełnić wiosennych niusów czas na jakiś pikczer. Jak wiadomo pory roku kreaturom mody są nieobce, a inspirować potrafią jak nic innego. (na zdjęciach) nowa kolekcja Kogoś Tam, jak zwykle niezwykle praktyczna:

niedziela, 11 marca 2007

Paintball

Praktycznie cały dzień, zawinięci w 5 warstw ubrań i żarówiaste kamizelki koloru "wpierdol mi", biegaliśmy po terenach starych fabryk chemicznych w Tomaszowie Maz. sędziując zawody paintball'owe. Impreza niebanalna, bo ponad 450 dużych małych chłopców w tym kilkanaście dużych małych dziewczynek z całej Polski napieprzających do siebie kilogramami farby.

Nie tyle zabawny jest widok trzydziestokilkuletnich facetów tęskniących za wojskiem i realizujących swoje podwórkowe marzenia zabawy w wojne poprzez robienie przeciwnikom siniaków po kulkach, co ich zaangażowanie i ta chęć ocalenia świata za wszelką cenę. Z drugiej jednak strony to właśnie całe to zaangażowanie i realność sprawia, że ta gra przyciąga tak wiele osób. Szczerze mówiąc mnie również i gdyby nie to, że mój portfel dziwnym zbiegiem okoliczności nie przyciąga tak łatwo grubej forsy, która tu niestety jest niezbędna, to też bym się dał wciągnąć.

Jednakże w dzisiejszym dniu najważniejsze jest zupełnie co innego. Mianowicie odkrycie Grabarza, który po 36 godzinach bez snu i będąc na lekkim kacu stwierdził, że widzi piuropusz. Tak, w ten sposób rozwikłał zagadkę wszechczasów czyli - co do cholery przedstawia znaczek Skody?
A jak wiadomo nigdy nie jest dobrze tak, jak pióropuszem mknąć przez świat :)

piątek, 9 marca 2007

Ósmy marca

Dzień kobiet to jeden z ciekawszych dni w kalendarzu. Abstrakując od początkowej idei tego święta, a także od tego że z roku na rok staje się podobno coraz wyraźniej reliktem przeszłości tymbardziej że kojarzy się większości z socjalistycznymi goździkami i rajstopami, jedno jest pewne: to jedyny dzień w roku, w którym łódzkie tramwaje pachną... kwiatami.

Przemierzając zakwieconym tramwajem pola kwiatów niespodziewanie wyrosłych na szybko skleconych skrataganach w całym mieście, czułem się jak (na obrazku). Mimo szarego nieba przedsmak wiosny na każdym rogu, parku, placu, skwerze, podcieniach, pierzei. Kup pan wiosne za 3 zeta, folia gratis i serduszka czerwone w niej wyrysowane, co zostały od walentynek, dopełnią kiczowego klimatu, kup pan kup pan kupa. Nie kupić nikomu kwiatka w dzień kobiet to tak jak nie zjeść pączka w tłusty czwartek, nie napić się w sylwestra, nie oblać wodą w wielkanoc, to jak zagryźć śledzia tortem, jak wlać wodę do kwasu.

Mi to jednak nie przeszkadza, róż w szarości dobrze robi. Sam szklarniowej wiosny też nabyłem i rozdałem byłem. Nie daje mi jednak spokoju kwestia pewna. Gdyby kiedyś ustalono równie jednoznaczną datę dnia mężczyzn, co stałoby się prezentem sztandarowym na kształt ośmiomarcowego kwiatka dla pań? może pół litra? wszakże to z mężczyzną się kojarzy najprędzej. Heh, jakby wtedy miasto wyglądało kolorowo... a jakby tramwaje pachniały!

wtorek, 6 marca 2007

Jeden z dziesięciu

Dzisiaj mój palec kciuk prawy został sławny i wystąpi w telewizji. Jestem z niego dumny. Jestem przekonany, że to lata ciężkich treningów przyczyniły się do tego niebywałego sukcesu i nie obyłoby się bez zacnego grona specjalistów, którzy wspierali naszą pracę przez wiele lat. Ja i mój palec pokazaliśmy dziś wszystkim tym, którzy w bezowocnych latach nieprzerwanego impasu formy nieustannie nas krytykowali i nakazywali kończyć karierę - tym wszystkim pokazaliśmy prawym kciukiem fak-ju. Nie poddawaliśmy się i dobrnęliśmy do sukcesu. A było to tak...

Stojąc sobie na Pasażu Schillera w koło południa tuż po hejnale z wieży Urzędu Miasta (bo proszę Państwa w naszej wielkiej wiosce hejnał grają) podchodzi do mnie pani i mówi, że mógłbym wielce być pomocny i oddać palec na cele dydaktyczno-medialne. Moim oto zadaniem było klikanie w klawisze telefonu, które to pan operator kamerzysta z niespotykaną uwagą nakręcił. Było to 14 sekund sławy mojego kciuka prawego.

Dociekliwym będąc, gdyż wizerunek palca, który niczym jeden z dziesięciu pokazany będzie na antenie, spytałem czemuż to i dlaczegóż. Ano, mój palec zagrał dilera narkotyków, którzy to dilerzy w konspiracji umawiają się przez telefony komórkowe z klientami, bo przecież zwykli ludzie używają znaków dymnych i tam-tamów. Błyskotliwa pani reportażystka klecąca materiał o łódzkich narkomanach zaraz potem gdy już mój palec był na taśmie, wraz ze swym kameramanem zanikli za rogiem notabene okrągłego słupa ogłoszeniowego i wnet wychynęli zza jego cienia by z przyczajenia skamerować bogu-ducha-winnego ziomka w dresie co stał nieopodal i czekał na kogoś. Z niego też zrobili dilera zapewne lub też ćpuna czekającego na swój customer service.
Cała nasza rzeczywistość to śmierdząca kupa dorabianych historyjek chyba.. ale telewizja na pewno!

niedziela, 4 marca 2007

Przypadkowość

Właśnie dziś jest taki dzień, gdy czuję się jakbym był Marvinem, któremu przypadkiem wybuchł mózg w samochodzie plamiąc koszule współtowarzyszy (na zdjęciu). Łeb mam nabity totalnie bezużytecznymi wiadomościami, że jazz w dżakarcie festival, że chłopakowi piłka w bajoro była wleciała i trupa znalazł, że city w Moskwie powstaje aby symbolem potęgi narodu było co jednak w klęskę sromotną rzeczywistość obraca bo przecież amerykańska architektura symbolem potęgi ruskich być nie może. Dowiaduję się że Maja w ogrodzie jak zasadzi to i plastikowe kwiatki kiełkują, że jest w partii naczelnej skandal którego nie ma, że trzeba wstrzymać homoseksualną propagandę prowadzącą do autoeutanazji dzieci par przez nią stworzonych...

Siadam wieczorem na oknie, wiosna idzie więc ja siedząc nie marznę, i dopiero wtedy uświadamiam sobie jak bardzo łeb chce mi wybuchnąć. Ściskam w ręku coraz grubszą garść niezrealizowanych "trzeba", "jutro" i "w końcu", wszystkich oczywistości i totalnie wszechobecnej nicości. I tylko w głowie słowa Adasia Miauczyńskiego "Co za ponury absurd.. żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?"

piątek, 2 marca 2007

A tak mi się pomyślało

Pamiętacie taki serial coś tam Doogie Howser lekarz medycyny? to był taki film z zamierzchłych czasów o nastoletnim gościu, który został lekarzem gdyż był genialny, ale to nie ważne. Istotne jest to, że każdy odcinek kończył się tak samo - Doogie siadał przy swoim istnie odrzutowym cyferblacie i pisał pamiętnik, a w latach 80 na komputrze pisało się pamiętniki tylko w amerykańskich filmach. Gdzie on go pisał zastanawia mnie do dziś (patrz na obrazek) - ekran zawsze był nieskazitelnie niebieski i w rytm stuknięć genialnych palców nieskazitelnie genialnego dziecka amerykańskiego systemu edukacji, pojawiały się napisy ułożone z nieskazitelnie białej czcionki. W ten oto sposób sprytny Doogie w każdym odcinku, w którym oczywiście jak przyszło na bohatera uczył się życia, zapisywał kilka nieskazitelnie mądrych i pouczających stwierdzeń, ba! złotych sentencji można by rzec. Jestem przekonany, że dałoby się je brać w ciemno i w kalendarzach drukować.
Gdy to oglądałem, a miałem lat może jedenaście, wstyd się przyznać, ale... zawsze chciałem być taki jak Doogie...

tak, zawsze chciałem mieć swój własny komputer.

środa, 28 lutego 2007

Było beznadziejnie teraz będzie nudno

Chciałem powiedzieć dzień dobry na początek, bo babcia mówiła że to niegrzecznie się nie przedstawiać, tak więc mówię. Mimo tego nie chcę się jednak przedstawiać bo to nie ma sensu z powodów oczywistych - to nikogo nie interesuje, jak też nikogo nie interesuje co się tu znajduje. W sumie to mi na tym nie zależy, po prostu mam potrzebę sobie czasem pobazgrać, a że proszę Państwa jestem dumnym posiadaczem Komputra a także obiecującym pacjentem kliniki leczenia uzależnień to piszę wciskając a nie trzymając.

Proszę się nie łudzić, że będę Państwa bawił skandalami przykłuwającymi uwagę i specjalnie pisał krótkie notatki (z notkami już skończyłem) aby jeszcze się chciało przebrnąć. Nie nie.
Pełnym hipokryzji byłbym lub też bardziej nieudanym dzieckiem polskiego hiphopu (chociaż to chyba synonimy) gdybym stwierdził że tak naprawdę mam was w dupie i gówno mnie to obchodzi co o tym myślicie. Tak, jest tu nutka ekshibicjonizmu powodująca że nie wciskam "ctrl+s" a "publish".Biorąc pod uwagę, że determinantami powstania tej strony są ekshibicjonizm, egoizm, próżność i nuda to sądzę, że zapowiada się znakomicie. szatan dzwonił i mówił że już się cieszy.