czwartek, 22 marca 2007

"Wiosna już dorosła naboje ma w kieszeniach"

Psychologowie na podstawie badań orzekli, że topienie marzanny w pierwszy dzień wiosny wpływa destrukcyjnie na umysł dziecka. Gdyż takie oto dziecko patrząc na to, że aby pozbyć się zimy należy ją przypalić i wrzucić do rzeki może sobie pomyśleć, że skoro pani od polskiego jest równie zimną suką jak pani zima to czemu by jej nie przyjarać, wrzucić do stawu, a po niej przyjdzie miła pani wiosna. Szczerze mówiąc nie zdziwiłbym się biorąc pod uwagę doniesienia z Włoch, gdzie podobno coraz bardziej popularny staje się profilaktyczny wpierdol dla zbyt wymagających nauczycieli.

Z autopsji jednak wiem, że palenie marzanny może wpłynąć conajmniej niekorzystnie na umysł. Do dziś pamiętam nerwice w jakie wpędzał mnie ten obyczaj w podstawówce. Jako zaawansowany piroman-sadysta było dla mnie nie do pomyślenia, że bezmyślne w tej kwestii ciało pedagogiczne dawało ciała. Wrzucali ledwo co rozpalone ciało marzanny do wody, gasło nieuchronnie w zetknięciu z jej powierzchnią. Co roku było to samo: ledwo podpalona i już wrzucona. Nigdy nie mogłem zobaczyć jak marzanna dostojnie płonie w całej okazałości i dopiero wtedy jest topiona. Trauma do dziś.

Wyjątkowo w tym roku wiosna niesie ze sobą także dobre nowiny. Niedawniej jak wczoraj znalazłem artykuł o tym, że serial "m jak miłość" do którego oglądania lub słuchania jestem zmuszany niczym bierny palacz do wciągania dymu, skończy się! Niestety nie na skutek nagłej śmierci Kasi Cichopek, lecz z powodu tego że powstanie nowa produkcja. Najprawdopodobniej koniec serialu będzie miał miejsce na początku przyszłego roku. Zapewnie nie oznacza to pojawienia się czegoś CIEKAWEGO w ramówce, gdyż jak wiadomo infantylizm i przewidywalność są niezwykle kasowe.

By dopełnić wiosennych niusów czas na jakiś pikczer. Jak wiadomo pory roku kreaturom mody są nieobce, a inspirować potrafią jak nic innego. (na zdjęciach) nowa kolekcja Kogoś Tam, jak zwykle niezwykle praktyczna:

niedziela, 11 marca 2007

Paintball

Praktycznie cały dzień, zawinięci w 5 warstw ubrań i żarówiaste kamizelki koloru "wpierdol mi", biegaliśmy po terenach starych fabryk chemicznych w Tomaszowie Maz. sędziując zawody paintball'owe. Impreza niebanalna, bo ponad 450 dużych małych chłopców w tym kilkanaście dużych małych dziewczynek z całej Polski napieprzających do siebie kilogramami farby.

Nie tyle zabawny jest widok trzydziestokilkuletnich facetów tęskniących za wojskiem i realizujących swoje podwórkowe marzenia zabawy w wojne poprzez robienie przeciwnikom siniaków po kulkach, co ich zaangażowanie i ta chęć ocalenia świata za wszelką cenę. Z drugiej jednak strony to właśnie całe to zaangażowanie i realność sprawia, że ta gra przyciąga tak wiele osób. Szczerze mówiąc mnie również i gdyby nie to, że mój portfel dziwnym zbiegiem okoliczności nie przyciąga tak łatwo grubej forsy, która tu niestety jest niezbędna, to też bym się dał wciągnąć.

Jednakże w dzisiejszym dniu najważniejsze jest zupełnie co innego. Mianowicie odkrycie Grabarza, który po 36 godzinach bez snu i będąc na lekkim kacu stwierdził, że widzi piuropusz. Tak, w ten sposób rozwikłał zagadkę wszechczasów czyli - co do cholery przedstawia znaczek Skody?
A jak wiadomo nigdy nie jest dobrze tak, jak pióropuszem mknąć przez świat :)

piątek, 9 marca 2007

Ósmy marca

Dzień kobiet to jeden z ciekawszych dni w kalendarzu. Abstrakując od początkowej idei tego święta, a także od tego że z roku na rok staje się podobno coraz wyraźniej reliktem przeszłości tymbardziej że kojarzy się większości z socjalistycznymi goździkami i rajstopami, jedno jest pewne: to jedyny dzień w roku, w którym łódzkie tramwaje pachną... kwiatami.

Przemierzając zakwieconym tramwajem pola kwiatów niespodziewanie wyrosłych na szybko skleconych skrataganach w całym mieście, czułem się jak (na obrazku). Mimo szarego nieba przedsmak wiosny na każdym rogu, parku, placu, skwerze, podcieniach, pierzei. Kup pan wiosne za 3 zeta, folia gratis i serduszka czerwone w niej wyrysowane, co zostały od walentynek, dopełnią kiczowego klimatu, kup pan kup pan kupa. Nie kupić nikomu kwiatka w dzień kobiet to tak jak nie zjeść pączka w tłusty czwartek, nie napić się w sylwestra, nie oblać wodą w wielkanoc, to jak zagryźć śledzia tortem, jak wlać wodę do kwasu.

Mi to jednak nie przeszkadza, róż w szarości dobrze robi. Sam szklarniowej wiosny też nabyłem i rozdałem byłem. Nie daje mi jednak spokoju kwestia pewna. Gdyby kiedyś ustalono równie jednoznaczną datę dnia mężczyzn, co stałoby się prezentem sztandarowym na kształt ośmiomarcowego kwiatka dla pań? może pół litra? wszakże to z mężczyzną się kojarzy najprędzej. Heh, jakby wtedy miasto wyglądało kolorowo... a jakby tramwaje pachniały!

wtorek, 6 marca 2007

Jeden z dziesięciu

Dzisiaj mój palec kciuk prawy został sławny i wystąpi w telewizji. Jestem z niego dumny. Jestem przekonany, że to lata ciężkich treningów przyczyniły się do tego niebywałego sukcesu i nie obyłoby się bez zacnego grona specjalistów, którzy wspierali naszą pracę przez wiele lat. Ja i mój palec pokazaliśmy dziś wszystkim tym, którzy w bezowocnych latach nieprzerwanego impasu formy nieustannie nas krytykowali i nakazywali kończyć karierę - tym wszystkim pokazaliśmy prawym kciukiem fak-ju. Nie poddawaliśmy się i dobrnęliśmy do sukcesu. A było to tak...

Stojąc sobie na Pasażu Schillera w koło południa tuż po hejnale z wieży Urzędu Miasta (bo proszę Państwa w naszej wielkiej wiosce hejnał grają) podchodzi do mnie pani i mówi, że mógłbym wielce być pomocny i oddać palec na cele dydaktyczno-medialne. Moim oto zadaniem było klikanie w klawisze telefonu, które to pan operator kamerzysta z niespotykaną uwagą nakręcił. Było to 14 sekund sławy mojego kciuka prawego.

Dociekliwym będąc, gdyż wizerunek palca, który niczym jeden z dziesięciu pokazany będzie na antenie, spytałem czemuż to i dlaczegóż. Ano, mój palec zagrał dilera narkotyków, którzy to dilerzy w konspiracji umawiają się przez telefony komórkowe z klientami, bo przecież zwykli ludzie używają znaków dymnych i tam-tamów. Błyskotliwa pani reportażystka klecąca materiał o łódzkich narkomanach zaraz potem gdy już mój palec był na taśmie, wraz ze swym kameramanem zanikli za rogiem notabene okrągłego słupa ogłoszeniowego i wnet wychynęli zza jego cienia by z przyczajenia skamerować bogu-ducha-winnego ziomka w dresie co stał nieopodal i czekał na kogoś. Z niego też zrobili dilera zapewne lub też ćpuna czekającego na swój customer service.
Cała nasza rzeczywistość to śmierdząca kupa dorabianych historyjek chyba.. ale telewizja na pewno!

niedziela, 4 marca 2007

Przypadkowość

Właśnie dziś jest taki dzień, gdy czuję się jakbym był Marvinem, któremu przypadkiem wybuchł mózg w samochodzie plamiąc koszule współtowarzyszy (na zdjęciu). Łeb mam nabity totalnie bezużytecznymi wiadomościami, że jazz w dżakarcie festival, że chłopakowi piłka w bajoro była wleciała i trupa znalazł, że city w Moskwie powstaje aby symbolem potęgi narodu było co jednak w klęskę sromotną rzeczywistość obraca bo przecież amerykańska architektura symbolem potęgi ruskich być nie może. Dowiaduję się że Maja w ogrodzie jak zasadzi to i plastikowe kwiatki kiełkują, że jest w partii naczelnej skandal którego nie ma, że trzeba wstrzymać homoseksualną propagandę prowadzącą do autoeutanazji dzieci par przez nią stworzonych...

Siadam wieczorem na oknie, wiosna idzie więc ja siedząc nie marznę, i dopiero wtedy uświadamiam sobie jak bardzo łeb chce mi wybuchnąć. Ściskam w ręku coraz grubszą garść niezrealizowanych "trzeba", "jutro" i "w końcu", wszystkich oczywistości i totalnie wszechobecnej nicości. I tylko w głowie słowa Adasia Miauczyńskiego "Co za ponury absurd.. żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?"

piątek, 2 marca 2007

A tak mi się pomyślało

Pamiętacie taki serial coś tam Doogie Howser lekarz medycyny? to był taki film z zamierzchłych czasów o nastoletnim gościu, który został lekarzem gdyż był genialny, ale to nie ważne. Istotne jest to, że każdy odcinek kończył się tak samo - Doogie siadał przy swoim istnie odrzutowym cyferblacie i pisał pamiętnik, a w latach 80 na komputrze pisało się pamiętniki tylko w amerykańskich filmach. Gdzie on go pisał zastanawia mnie do dziś (patrz na obrazek) - ekran zawsze był nieskazitelnie niebieski i w rytm stuknięć genialnych palców nieskazitelnie genialnego dziecka amerykańskiego systemu edukacji, pojawiały się napisy ułożone z nieskazitelnie białej czcionki. W ten oto sposób sprytny Doogie w każdym odcinku, w którym oczywiście jak przyszło na bohatera uczył się życia, zapisywał kilka nieskazitelnie mądrych i pouczających stwierdzeń, ba! złotych sentencji można by rzec. Jestem przekonany, że dałoby się je brać w ciemno i w kalendarzach drukować.
Gdy to oglądałem, a miałem lat może jedenaście, wstyd się przyznać, ale... zawsze chciałem być taki jak Doogie...

tak, zawsze chciałem mieć swój własny komputer.